Booking.com
Zabytki i atrakcje turystyczne Bydgoszczy

Pomimo, że w żadnej fachowej klasyfikacji ośrodków turystycznych Bydgoszcz - nie posiadając wyjątkowych obiektów - nie występuje jako miasto szczególnie atrakcyjne, to jednak znaleźć można tu kilka zabytków, które mają znaczenie, jednak w skali nie większej niż regionalna.

Okolice Bydgoszczy

Bydgoszcz położona jest w północno- zachodnim krańcu Kujaw.
Do najciekawszych miejsc turystycznych
w okolicy należy Koronowo, Ostromecko, Lubostroń.

Bydgoszcz. Portret miasta (czyli "Więcej dla Bydgoszczy, mniej dla Torunia")

XIX-wieczne tzw. młyny Rothera na Wyspie Młyńskiej
 
Dla zdecydowanej większości Polaków Bydgoszcz jest miastem nieznanym, nieciekawym i niewyróżniającym się specyficznymi i konkretnymi cechami. Inni o Bydgoszczy słyszeli tylko tyle, że leży gdzieś w okolicach Torunia, a inni nie potrafią wskazać jej precyzyjnej lokalizacji. Są też tacy, którzy na hasło "Bydgoszcz" ripostują: "konflikt z Toruniem".
Wiele osób nie ma jednak żadnych spontanicznych skojarzeń, tym bardziej skojarzeń dotyczących tematycznie atrakcyjności turystycznej czy wydarzeń historycznych, a więc cech decydujących o tożsamości i wyjątkowości miasta.
Wynika to przede wszystkim z przeszłości Bydgoszczy, która zawsze w historii była miastem niewielkim, przeciętnym i nie wybiła się żadnym szerszym osiągnięciem, wydarzeniem, osobistością, wyjątkowym obiektem, tradycją czy w końcu znaczeniem politycznym, militarnym czy ekonomicznym.
   
Teza ta nie jest odosobniona, skoro wg badań przeprowadzonych we wrześniu 2008 r. przez Instytut Badania Rynku i Opinii Publicznej IMAS International na reprezentatywnej grupie 1003 Polaków, żadnych skojarzeń z Bydgoszczą nie ma aż 37% ankietowanych. Z kolei 61% skojarzenia ma, ale nieszczególne, raczej takie, które można przypiąć do każdego innego miasta w Polsce. Dla 12% Bydgoszcz to po prostu miasto, dla kolejnych 3% - siedziba władz. 1% kojarzy Bydgoszcz z obiektami kultury lub zabytkami, jak Spichrze czy Opera Nova, ale również dla 1% osób Bydgoszcz leży nad morzem.

 

Dzisiejsza Bydgoszcz należy owszem do większych miast (liczy prawie 360 tys. mieszkańców), ale składowe jej wielkości, tj. potencjał i pozycja gospodarcza, zabudowa, układ urbanistyczny oraz potencjał i pozycja ludnościowa to efekt nie całej historii tego miasta, ale rezultat dopiero XIX wieku, tj. wyniku celowej i planowej protekcjonistycznej polityki władz niemieckich w czasie zaborów; władz, które już od pierwszych chwil po I rozbiorze w 1772 r. realizowały swoją ekspansjonistyczną i prowschodnią politykę. Niewielka wówczas Bydgoszcz stała się jednym z jej obiektów i narzędzi, przez rozbudowę którego cel ten chciano osiągnąć (dzięki temu ok. 1900 r. Bydgoszcz należała już do najbardziej zgermanizowanych miast na wschodnich kresach państwa). Osiąganiu tego celu i inwestowaniu w to małe i biedne wtedy miasteczko (nie liczące nawet tysiąca mieszkańców) ogromnych funduszy sprzyjało pozostawienie po I rozbiorze ponad 10 razy większego niedalekiego Torunia (jednego z największych i najbogatszych miast Rzeczypospolitej) po drugiej stronie granicy - w Rzeczpospolitej (do jej II rozbioru w 1793 r.). Niezagarnięcie wtedy przez Prusy bogatych i dużych miast: Torunia i Gdańska odbyło się wbrew woli króla Prus i w wyniku sprzeciwu Rosji i częściowo Anglii (o tym jak bardzo zależało królowi pruskiemu na tych ważnych miastach świadczy m.in. poparcie (nawet dość absurdalne) francuskiego filozofa Voltaire wskazane w jego liście z 18. listopada 1772 r. do króla pruskiego Fryderyka II: „ponieważ w Toruniu Kopernik odkrył prawdziwy system świata, a astronom Heweliusz pochodził z Gdańska, więc konsekwentnie Toruń i Gdańsk muszą należeć do Prus”). Ostatecznie oba miasta w pierwszym rozbiorze pozostały przy Polsce.
Skoro więc tych dwóch ważnych miast nie udało się Prusom zdobyć, to z jednej strony zdecydowano się na gospodarcze oraz administracyjne rozwijanie na wschodzie innego pobliskiego miasta - Bydgoszczy - oraz budowę Kanału Bydgoskiego, a z drugiej na prowadzenie wobec tych dwóch dużych miast takich szykan i utrudnień gospodarczych, aby je zgnębić i w ten sposób wzbudzić w nich „dobrowolną” chęć przejścia pod panowanie pruskie(więcej o tym w literaturze: (1)
. Kiedy wreszcie to nastąpiło (II rozbiór, 1793 r.), Bydgoszcz nadal - do końca okresu zaborów - pozostała obiektem inwestycji pruskich, bo zubożony i wyludniony w międzyczasie Toruń został sprowadzony do roli nadgranicznej pruskiej twierdzy obronnej ze wszystkimi tego konsekwencjami –  szczelnymi ograniczeniami budowlanymi i rozwojowymi.
O jednej płaszczyźnie politycznego rozwoju Bydgoszczy – o gospodarczej jej aktywizacji przez władze pruskie wspominamy tutaj: Bydgoszcz w zaborze pruskim - największy rozkwit miasta, natomiast druga płaszczyzna to działania administracyjne: niezwykle istotne znaczenie polityczne i prorozwojowe dla Bydgoszczy miało ulokowanie w 1775 r. w tym małym i słabym wtedy mieście funkcji i władzy administracyjnych wyższego szczebla – obwodu nadnoteckiego, a po 1815 r. rejencji bydgoskiej; wpłynęło to na nagłe osiągnięcie terytorialnego znaczenia Bydgoszczy, która nigdy wcześniej w historii nie pełniła takiej roli i nie była na nią przygotowana (była wprawdzie Bydgoszcz siedzibą starosty w okresie przedrozbiorowym, ale ta niższego szczebla jednostka administracyjna odpowiada raczej powiatowi, aniżeli rejencji, a poza tym funkcję starościńską pełnił zamek, a nie miasto). Aby więc zapewnić Bydgoszczy takie znaczenie władze pruskie spowodowały teraz napływ i osiedlenie licznej niemieckiej kadry urzędniczej i budowę nowych gmachów mogących pomieścić nowe urzędy. Ponadto ulokowano tu pruski garnizon wojskowy. Wszytko to - w imię budowy „strażnicy niemieckiego ducha” (jak Bydgoszcz określił jej prezydent Alfred Knobloh w 1901 r.) - wywarło przemożny i wielostronny wpływ na rozwój pruskiej-niemieckiej Bydgoszczy.
 
Do czasu zagarnięcia przez Prusy (I rozbiór, 1772 r.) Bydgoszcz określana była mianem „małej rolniczej mieściny wielkopolskiej” (Stefan Garczyński: „Anatomia Rzeczypospolitej”, 1733 r.); i jeśli nawet sformułowanie to dotyczy okresu szczególnie ciężkiego dla Bydgoszczy i dla miast w Polsce w ogóle, to wcześniej, zwłaszcza w „złotym wieku” Rzeczypospolitej (przełom XVI i XVII w.) Bydgoszcz też nie wyróżniała się trwale w szerszej skali i ledwie można było zaliczyć ją - i to krótkotrwale - najwyżej do miast średnich, których liczba ludności nie przekraczała 5 tys. mieszkańców. W tej skali Bydgoszcz nie mogła równać się z takimi potęgami gospodarczymi i politycznymi w Rzeczypospolitej przedrozbiorowej, jak Gdańsk, Toruń, Elbląg, Kraków, Poznań czy Lwów – miastami największymi, liczącymi ponad 15 tys. mieszkańców, a tym bardziej z Gdańskiem i Toruniem, które poza walorami ekonomicznymi i ludnościowymi cieszyły się niespotykaną w Rzeczypospolitej autonomią prawno-ustrojową, a w konsekwencji niezależnością od władz szlacheckiej Rzeczypospolitej i przede wszystkim dużym znaczeniem politycznym.
 
Osiągnięta w czasach zaboru pruskiego dzięki prorozwojowej polityce pruskiej i wpompowaniu ogromnych pieniędzy pozycja Bydgoszczy procentuje współcześnie i bezpośrednio oddziałuje już od 1945 r. W tymże roku to względy polityczne w nowych polskich warunkach socjalistyczno-robotniczych zdecydowały o przeniesieniu z Torunia do Bydgoszczy siedziby województwa, pozostałych urzędów, instytucji i wszystkich tego konsekwencji. Argumentem decydującym w tej sprawie był proletariacki charakter Bydgoszczy: „ponieważ Bydgoszcz jest miastem robotniczym (...) przeto słusznym było nasze założenie, że te najwyższe władze administracyjne powinny być pod stałą kontrolą mas pracujących i partii demokratycznych, a w Toruniu prawdopodobnie województwo byłoby pod naciskiem mieszczaństwa, kryjącego w sobie pozostałości reakcyjne” – zanotowano w protokole z 1. września 1945 r. z plenum Komitetu Miejskiego PPR w Bydgoszczy słowa I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Partii Robotniczej (PPR), Antoniego Alstera.
W następnych dekadach – w nowych warunkach centralnego zarządzania w PRL wojewódzka Bydgoszcz była znowu intensywnie rozwijana, zarówno pod względem przemysłu, jak i kultury, czego wyrazem było m.in. powiększenie liczby ludności w latach 1945-1975 o ponad 120%, tj. ze 146 tys. do 322 tys. mieszkańców.
 
*  *  *
 
Te dwa okresy w historii Bydgoszczy - zabór pruski i PRL – oba rozwijające Bydgoszcz intensywnie i decyzjami centralnych władz, tj. poprzez czynniki polityczne, ukształtowały więc ostatecznie dzisiejszą pozycję i oblicze Bydgoszczy. Ukształtowały też zauważalną dziś mentalność i postawę wielu bydgoszczan, którzy doświadczeni tymi poprzednimi epokami otrzymywania „z przydziału” nadal stoją w pozycji oczekującej w przekonaniu, że „Bydgoszczy należy się”. Jest to podkreślane i wykorzystywane współcześnie do roszczenia sobie prawa do bycia „jedynym liderem i miastem dominującym” w każdej dziedzinie w obrębie województwa kujawsko-pomorskiego. Tu odzywa się sentyment za tamtymi dwoma okresami centralnego zarządzania i planowania, kiedy Bydgoszcz stała się duża i przemysłowa, robotnicza i urzędnicza. Jak mówił w maju 2012 r. Gazecie Wyborczej Toruń prof. Grzegorz Górski, prawnik i adwokat, kierownik Historii Państwa i Prawa KUL: "Dziś zamiast starego przyzwyczajenia do rządzenia i dzielenia pieniędzy po swojemu, trzeba nauczyć się o te pieniądze zabiegać. Kiedy więc okazało się, że nie wystarczą krzyki i pohukiwania, że coś się komuś należy, bo ma ileś tam tysięcy mieszkańców, zrobiła się tragedia. Ale zamiast wziąć się do roboty, zamiast skupić się na swoich problemach i na swoim mieście, bydgoscy politycy wybrali się na wojnę. Wojnę z Toruniem, wojnę z Całbeckim... Zamiast zajmować się Bydgoszczą, zajmują się Toruniem, ale tylko po to, by w ten sposób usprawiedliwić się przed swoją opinią publiczną. Z tego, że nie potrafią nic załatwić, nie portafią rozwiązać najprostszych problemów swoich mieszkańców i swojego miasta. Bo winny jest Toruń."
Te dwa ww. okresy wpływają nadal dziś na przekonanie wśród wielu bydgoszczan, że np. miastu należą się jeszcze większe fundusze europejskie, niż te, które na podstawie składanych wniosków przydziela kujawsko-pomorski Urząd Marszałkowski w… Toruniu. Ale przecież nie przydziela ich „bo Bydgoszczy należy się” - jak dawniej za centralnego planowania – a na podstawie wysiłku włożonego w odpowiednio przygotowane wnioski-aplikacje.
Stąd bierze się też wygórowana ambicja i kolejne naiwne przekonanie o „metropolitarności” Bydgoszczy i przez to jej dążenie do dominacji nad tzw. "regionem" i Toruniem, przy jednoczesnym uskarżaniu się na rzekomy nierównomierny podział europejskich pieniędzy inwestycyjnych w ramach RPO i w ramach konkursów(2).
Stąd przez polityków i społeczników bydgoskich powtarzane dziś jak mantra hasła o „marginalizowaniu” Bydgoszczy, o odzyskaniu rzekomo „należnej” (wręcz przyrodzonej) miastu pozycji w regionie(3).
Okazuje się jednak, że w dzisiejszych warunkach gospodarki wolnorynkowej Bydgoszcz słabnie, co pokazuje wiele rankingów, zestawień i danych(4).
 
Zresztą zabiegi o wykazanie rzekomej „metropolitarności” oraz „należnej i wiodącej” roli Bydgoszczy w ostatnich latach zasługują na poświęcenie więcej miejsca. Ich początek można datować na reformę administracyjną w 1999 r., kiedy to Bydgoszcz za pomocą zawiązywanych komitetów, pikiet i protestów żądała nowego województwa dla siebie z podporządkowanym sobie Toruniem. Nie udało się to - po licznych perypetiach Sejm przegłosował powstanie woj. kujawsko-pomorskiego i kompromisowe zastosowanie tu dwustołeczności. Mimo propozycji ówczesnej marszałek Senatu torunianki Alicji Grześkowiak umiejscowienia samorządu województwa (sejmiku, marszałka) w Bydgoszczy a wojewody w Toruniu, decydenci znad Brdy pogardzili siedzibą sejmiku i marszałka, który obecnie ma największą władzę w regionie i dzieli pieniądze. W Bydgoszczy została więc siedziba wojewody o niewielkich kompetencjach.
Teraz, kiedy okazuje się, że rzeczywistą władzę wojewódzką stanowi jednak samorząd a nie wojewoda, Bydgoszcz wyraża swoje niezadowolenie i rozczarowanie z powodu ulokowania jej w Toruniu, a nie w Bydgoszczy. Dzisiaj nawet potomkowie autorów takiego rozwiązania i podziału władzy zapominają o tym, suflując bydgoskiej opinii jak to Toruń się ustawił przyjmując samorząd wojewódzki, który w związku z tym należy mu odebrać i przenieść do Bydgoszczy (prezydent Bydgoszczy Konstanty Dombrowicz zadeklarował to w 2011 r., a w 2014 r. prezydent Rafał Bruski stwierdził na łamach Dziennika Gazety Prawnej: "Stworzono województwo kujawsko-pomorskie, ale nie zadbano o reguły funkcjonowania dwustołeczności. Bydgoszcz dostała rolę nieadekwatną do potencjału. Ale wkrótce to zmienimy"; Dziennik Gazeta Prawna, 06-11-2014).
Odtąd, od 1999 r. nieustannie środowiska bydgoskie oskarżają te władze samorządowe (a zwłaszcza marszałka województwa) o rzekome „niesprawiedliwe i krzywdzące traktowanie” Bydgoszczy, zwłaszcza w zakresie wspominanego wyżej rozdysponowania europejskich funduszy inwestycyjnych. Czasem przybiera to wręcz kuriozalne i ośmieszające formy, w dostarczaniu których lubują się tak politycy, działacze społeczni, jak i lokalne dzienniki prasowe. Jednym z ostatnich takich aktów była kampania kandydata na prezydenta Bydgoszczy, który jesienią 2014 r. głosił hasło wyborcze „Więcej dla Bydgoszczy, mniej dla Torunia” przy odpowiedniej ilustracji jabłka i ogryzka jabłka.

Kompleks Torunia wrósł chyba w świadomość wielu bydgoszczan już dość głęboko, stając się swego rodzaju automatyczną wrogą reakcją na cokolwiek mającego przymiotnik „toruńskie” w odniesieniu do Bydgoszczy. Jak choćby dawna Akademia Medyczna, której senat w 2004 r. podjął autonomiczną inicjatywę o przyłączeniu uczelni do toruńskiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, po czym ugruntowała się w świadomości bydgoszczan i podtrzymywana przez niektórych polityków i działaczy społecznych nieprawdziwa teoria o tym, jakoby „Toruń zabrał nam akademię medyczną”. Wg niektórych "Toruń również zabrał nam autostradę" - bo wg rządowych planów przebiega ona przez Toruń, a nie przez Bydgoszcz (mówił o tym np. w 2011, 2012 r. Roman Jasiakiewicz, przewodniczący bydgoskiej rady miejskiej, chociaż w latach 90. XX w., gdy zapadała decyzja o przebiegu A1, również on sam odgrywał znaczącą rolę w bydgoskich elitach władzy (m.in. był prezydentem Bydgoszczy 1998-2002), ale wtedy nie przywiązywały one większego zainteresowania tą kwestią).
W 2011 r. przed zagrożeniami, jakie stwarza partnerstwo z Toruniem ostrzegali na specjalnej konferencji prasowej posłowie bydgoscy: Tomasz Latos i Andrzej Walkowiak, wg których dotąd "Toruń zabrał nam autostradę, chciał przejąć Sąd Apelacyjny i Zakład Linii Kolejowych PKP, a teraz sięgnie po stolicę "metropolii", bo w ostatnich latach Bydgoszcz była niesprawiedliwie traktowana przez Urząd Marszałkowski..."
Natomiast niebywałe rozmiary przybierają nieuzasadnione ciągłe oskarżenia kierowane pod adresem marszałka województwa, torunianina Piotra Całbeckiego (trzykrotnie pełni tę rolę osiągając najlepsze wyniki w wyborach samorządowych). Dzięki niemal codziennym tendendycyjnym i  krzykliwym artykułom prasowym, publicznym wypowiedziom polityków i społeczników, audycjom radiowym i telewizyjnym, w świadomości przeciętnego bydgoszczanina ugruntowało się fałszywe przekonanie, że "marszałek województwa z Torunia zabiera unijne pieniądze, które należą się Bydgoszczy i oddaje je Toruniowi"(2).
Racjonalne i świadome głosy o niskim zaangażowaniu Bydgoszczy w staraniach o te pieniądze - co jest rzeczywistą przyczyną niewielkich dotacji - giną jednak zagłuszane tymi oskarżeniami. "Od co najmniej dziesięciu lat miasto boryka się z brakiem odpowiedzialnych polityków i rządzących, bez względu na opcję polityczną. Samorząd miasta potrafił zadbać odpowiednio np. o kulturę, ale zapominał o przedsiębiorcach. Często atakuje się Urząd Marszałkowski za to, że Bydgoszcz otrzymuje od niego mało pieniędzy. Marszałek sensownie się jednak broni, zwracając uwagę, że wszystkie wnioski o dofinansowanie, jakie otrzymywał, były rozpatrywane. Prawda jest taka, że rządzący Bydgoszczą nigdy nie potrafili przygotować odpowiedniego projektu inwestycji, który ściągałby do nas większy biznes" - ubolewał na łamach prasy w czerwcu 2012 r. prezes Kujawsko-Pomorskiego Związku Pracodawców i Przedsiębiorców Mirosław Ślachciak.
 
W 2011 r. ta antytoruńska niemal psychoza doprowadziła do zgłoszenia podejrzenia celowej dyskryminacji Bydgoszczy do
Pełnomocnika Rządu do Spraw Opracowania Programu Zapobiegania Nieprawidłowościom w Instytucjach Publicznych, Julii Pitery: rzekomy spisek toruńskiego marszałka Całbeckiego i inwestora Romana Karkosika "odkryło" stowarzyszenie "Metropolia Bydgoska" ws. nierozstrzygniętego jeszcze konkursu o dotację w wys. 96 mln zł. Na konkurs wpłynęły 4 wnioski z Bydgoszczy i 5 wniosków z Torunia, w trakcie oceny formalnej zakwalifikował się tylko jeden z Bydgoszczy i wszystkie z Torunia, co zapewne było przyczyną furii Eryka Bazylczuka, prezesa "metropolitarnych". Kontrola rządowa nie znalazła jednak żadnych nieprawidłowości.
Gromy na marszałka Piotra Całbeckiego, zwłaszcza ze strony prezydenta Bydgoszczy Rafała Bruskiego, posypały się też w 2012 r., kiedy ten powołał się na raport "Obszary metropolitarne w Polsce..." Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych Uniwersytetu Warszawskiego i przytoczył, że wg tego Bydgoszcz jest ośrodkiem regionalnym niższej klasy B, a Toruń wyższej klasy A, co wg marszałka ma być dowodem, że dla rangi miasta nie zawsze jego wielkość jest najważniejsza, ale jego potencjał, a z kolei wg prezydenta marszałek podważa tym cytowaniem "niezaprzeczalne fakty" (jakoby o przewadze Bydgoszczy). Stowarzyszenie ww. Eryka Bazylczuka poczuło się natomiast na tyle dotknięte i oburzone tym cytowaniem, że uznało, iż jest to kropla przelewająca czarę goryczy: marszałek "nieudolnie" rządzi województwem (chociaż faktycznie rządzi nim sejmik, w skład którego wchodzi wielu przedstawicieli Bydgoszczy) i należy go odwołać - list w tej sprawie wystosowali w czerwcu 2012 r. do premiera Donalda Tuska, zapominając jednak o tym, że odwołać może ten, kto powołał, czyli nie premier rządu. Tymczasem wyborcy okazali się bardziej racjonalni niż bydgoscy politycy i działacze i w wyborach samorządowych jesienią 2014 r. kandydat Piotr Całbecki otrzymał rekordową liczbę głosów, co upoważniło go do objęcia stanowiska marszałka województwa na kolejną, 3. kadencję...
 
Uczelnie bydgoskie to kolejny osobny temat portretujący Bydgoszcz. Jest ich tutaj w sumie kilkanaście (razem z różnej maści wyższymi szkołami niepublicznymi), w tym 3 państwowe + Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Szkolnictwo wyższe w Bydgoszczy  to doskonały przykład bydgoskiej megalomanii i przerośniętej ambicji: uczelnie te należą do najsłabszych w Polsce, zwłaszcza Uniwersytet Kazimierza Wielkiego powołany w 2004 r. na zasadzie ambicjonalnej, plasuje się na ostatnich miejscach rankingów - z roku na rok niżej - ma problemy z odpowiednią liczbą prawa do nadawania doktoratów, boryka się z kadrą naukową oraz szukając studentów przyjmuje nawet tych z najsłabszymi maturami.
Problem ze szkolnictwem wyższym w Bydgoszczy polega na rozdrobnieniu i niskiej jakości oferty edukacyjnej – przeciwne konsolidacji i integracji uczelni środowisko naukowe nie zdaje sobie sprawy (albo wyżej ceni sobie swoje stanowiska), że obecnie jedyną szansą zaistnienia jest połączenie sił i stworzenie w miarę silnego organizmu, który byłby w stanie zainteresować potencjalnych studentów, a także prowadzić dobre jakościowo badania i prace naukowe. W tym względzie jedynym racjonalnym posunięciem było dobrowolne włączenie w 2004 r. słabej bydgoskiej Akademii Medycznej w struktury jednego z najlepszych polskich uniwersytetów - UMK w Toruniu (niestety w Toruniu, co wzmogło w niektórych bydgoszczanach antytoruńskie nastawienie na zasadzie "Toruń ukradł nam Akademię Medyczną"). Po 10 latach natomiast jedynie racjonalnie wypowiada się obecnie rektor, prof. Janusz Ostoja-Zagórski owej jednej z najsłabszych uczelni w Polsce, Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego: "Będzie trudno, kiedyś nie chciał takiej konsolidacji UKW, dziś broni się przed nią Uniwersytet Technologiczno-Przyrodniczy, bo akurat wróciła moda na studia techniczne" ("Polityka" nr 9, 2014).
 
Innym wyrazem ambicji przewyższających możliwości Bydgoszczy, obiektem podnoszenia jej prestiżu i pozoru jako miasta „metropolitarnego” jest także sztuczne utrzymywanie nierentownego lotniska, przynoszącego 5 mln zł straty rocznie (dane za 2012 r.), pomimo publicznych funduszy łożonych przez województwo kujawsko-pomorskie. Lotnisko w Bydgoszczy nie ma rynkowego zapotrzebowania, ani ekonomicznego uzasadnienia - nie ma po prostu popytu i zapotrzebowania na nie, co uwidacznia się np. zmniejszaniem liczby połączeń, wycofywaniem przewoźników i zmniejszaniem się liczby obsłużonych pasażerów. Funkcjonuje tylko dlatego, że większościowy (71% akcji) udziałowiec, tj. samorząd województwa tytułem "promocji regionu" finansuje od kilku lat publicznymi pieniędzmi niskobudżetowe linie lotnicze i PLL Lot utrzymujące loty do 4 miast w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Warszawy.
   
 
Dzisiaj Bydgoszcz poszukuje swojej tożsamości - wspólnych cech identyfikacyjnych. Poszukuje swojej rozpoznawalności: elementów, z którymi będzie szerzej kojarzona. Poszukuje cech, które mogą wytworzyć wyraźny portret miasta.
Jakie są to cechy? Tego jak dotąd nie stwierdzono jednoznacznie. W każdym razie na pewno jedną z wyraźniejszych wspólnych cech, niestety negatywnych, która łączy wielu bydgoszczan jest antytoruńska postawa - znana, choć niezbyt zrozumiała w Polsce, czego jednym z dowodów są słowa minister rozwoju regionalnego Elżbiety Bieńkowskiej po przyjeździe do Bydgoszczy w marcu 2012: "...No i jestem, żeby to zrozumieć, bo jak się patrzy z zewnątrz, to nie wiadomo, o co chodzi". Odpowiadamy więc: o dominację, władzę i pieniądze chodzi...

 

"Toruńska narracja historyczna"

Szkoda dla Bydgoszczy, że wizerunek jej psują nie tylko niektórzy politycy i społecznicy, ale i media lokalne. Nie chodzi tu bynajmniej o przekaz informacji dot. poczynań tych polityków i społeczników, ale o komentarze, którymi niektórzy dziennikarze i publicyści opatrują wydarzenia w mieście. Niepoparte argumentami ostre komentarze i zarzuty dot. faktów, co do których jak się okazuje nie mają chyba większego rozeznania, świadczą jedynie o ich nieznajomości tematu, który akurat opisują. Zarzucają np., że treści w wydaniu ogólnopolskiego miesięcznika historycznego "Mówią Wieki" z listopada 2014 r. "nie są zbyt rzetelne" i zawierają "propagandę toruńskiej narracji historycznej za środki publiczne" (pisali tak 14 grudnia 2014 r. Monika Brodziak, Łukasz Religa w internetowym serwisie "Popieram Bydgoszcz" Stowarzyszenia Obywatelskiego "Lepsza Bydgoszcz"); chodzi o publikowane w czasopiśmie wypowiedzi historyków Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu dot. znanych faktów historycznych, które ww. para podaje w wątpliwość i podważa bezpodstawnie, nie popierając tego żadnymi argumentami naukowymi (>>>). Aż taki tupet i arogancja wobec uznanych profesorów? Nie tylko toruńskich, bo podważaną przez "lepszych bydgoszczan" problematyką zajmowali się już dawno też uczeni gdańscy. No chyba, że "lepszość Bydgoszczy" ma opierać się na negacji niewygodnych faktów historycznych?
W ślad za "Lepszą Bydgoszczą" podąża wspominany wyżej radny wojewódzki Roman Jasiakiewicz, nazywając te same treści w periodyku "dalece antagonizującymi i nieprawdziwymi" w słowach kierowanych do marszałka województwa (>>>) na sesji sejmiku województwa 22 grudnia 2014. Być może rzeczywiście są one "nieprawdziwe" i niewiarygodne, ale tylko dla osób, które historii nie znają, albo jedynie uważają, że znają.
 
Nic zatem dziwnego, że jeśli bezpodstawne oskarżenia o nierzetelność historyczną kierowane są publicznie wobec znanych autorytetów naukowych oraz władz wojewódzkich, to tym bardziej będą kierowane wobec innych, jak choćby Bydgoskiego Serwisu Turystycznego. Nam też bez żadnego uzasadnienia dostał się nie poparty niczym zarzut jakoby "szkalujemy" Bydgoszcz i podajemy "nieprawdziwe informacje" - jednak "lepsi bydgoszczanie" również w tym przypadku nie wskazali konkretów na czym owo rzekome szkalowanie ma polegać oraz które informacje są "nieprawdziwe". Nieuzasadniony krzyk wobec kolącej w oczy prawdy?
Podobnie krzyczy (jak dzwon, który głośny bo w środku próżny - można by rzec), wyrażając swoją niewiedzę redaktor Sławomir Bobbe z dziennika "Express Bydgoski" pisząc w dn. 5 stycznia 2015 r. na łamach, że Bydgoski Serwis Turystyczny "sączy kłamstwa i oczernia Bydgoszcz". Nie potrafił jednak wskazać i uzasadnić ani jednego rzekomego kłamstwa i nie potrafił wytłumaczyć na czym polega to "oczernianie", ale za to ociera się o zarzut pomówienia niekompetentnie wskazując, że nieprawdziwe są rzekomo opracowania dot. atrakcyjności turystycznej wymieniane tutaj - prawdopodobnie to one wg redaktora są owymi "kłamstwami i oczernianiem Bydgoszczy", bo innej tematyki nie porusza. Nie jest redaktor w stanie pogodzic się z rzeczywistością, albo żyje w jakimś swoim poczuciu rzeczywitości, co nie tylko ośmiesza jego samego, redakcję dziennika, ale przede wszystkim Bydgoszcz, kształtując jej naiwny portret.